Tylko Ferrari uparcie mówi „nie”. Seria F1 eSports jest coraz popularniejsza, choć bywa wyśmiewana

F1 eSports Foto: F1 eSports / Materiały prasowe

Trzeci sezon F1 eSports Series będzie największym w dotychczasowej historii ligi - pół miliona dolarów puli nagród to ogromny krok do przodu w porównaniu z rokiem 2018. Czym jest ten projekt i jak blisko prawdziwego sportu się znajduje?

Wyścigi od wieków cieszą się dużą popularnością. Wraz z upływem stuleci i rozwojem technologii ewoluowały także same sposoby na bycie najszybszym – od rydwanów i koni przeszliśmy do nowoczesnych bolidów czy innych samochodów wyścigowych, których postęp popchnął do przodu cały przemysł motoryzacyjny i, co za tym idzie, także życie codzienne.

Esport z kolei od kilkunastu lat przeżywa rozkwit, a tą dziedziną sport przeplata się praktycznie cały czas, co doskonale widać na przykładzie gier typu FIFA czy NBA od 2K. Patrząc na współczesny trend wchodzenia wielkich firm do wirtualnych rozgrywek, trudno oprzeć się wrażeniu, że F1, czy też sporty motorowe ogółem, są idealnym materiałem do przeniesienia na monitory. Gry wyścigowe mają długą tradycję i towarzyszą komputerom praktycznie od samego początku gamingu. Brakowało w ostatnich latach dużej, licencjonowanej ligi z prawdziwego zdarzenia. Kiedy więc w 2017 roku F1 weszło ze swoją esportową serią na rynek, zwiastowało to spore zmiany w tym segmencie elektronicznej rywalizacji. 

Sezon 2017, trwający blisko trzy miesiące, wyłonił mistrza w osobie Brendona Leigha. W otwartych kwalifikacjach udział wzięło blisko 64 000 graczy, z czego 40 dostało szansę w półfinałach. Warto wspomnieć, że w finałowej dwudziestce, która wybrała się wtedy do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, był nasz rodak, Patryk Krutyj. Finał rozgrywany na torze Yas Marina w Abu Zabi przyciągnął w szczytowym momencie około 8 000 oglądających. Jak na dzisiejsze standardy jest to liczba bardzo mała – nie porwało to prawie nikogo. Pierwszy sezon miał być tylko testem, sprawdzianem przed zaangażowaniem się w projekt na konkretniejszą skalę. 

I owa próba przygotowała fundamenty pod coś większego – od roku 2018 do gry weszły prawdziwe zespoły F1, które przygarnęły pod swoje skrzydła łącznie 24 kierowców. Sezon rozegrano już w typowym dla królowej motorsportu formacie – co prawda na zaledwie dziesięciu torach, ale z zachowaniem zasad punktacji z „tradycyjnych” wyścigów. Dzięki temu zmagania stały się bardziej przejrzyste dla niedzielnego fana i najzwyczajniej w świecie łatwiej było w nie wejść. Dodatkowo wprowadzono także niewielkie dodatki w postaci np. nagrody od DHL dla autora najszybszego okrążenia w wyścigu. Rozszerzenie i większa transparentność przyniosły lidze znaczącą poprawę wyświetleń oraz oglądających – sezon drugi łącznie wygenerował 5,5 milionów odsłon na portalach streamingowych. Bezcenne okazało się także wsparcie wspomnianych zespołów F1, które szczególnie przydatne okazały się na polu marketingowym. Zwyciężył po raz kolejny Brendon Leigh z Mercedesa (który zdobył także tytuł mistrza konstruktorów). Wobec takiego kroku naprzód wykonanego w roku ubiegłym trzeba było zadać sobie następujące pytanie: czy rozgrywki tak naprawdę potrzebują znaczących zmian, czy też jedynie niewielkich korekt i podniesienia puli nagród? 

Odpowiedź była dla F1 eSports oczywista. Dziś poznaliśmy format sezonu 2019 i nie odbiega on znacząco od tych z ubiegłych lat. Najpierw rozegrane zostaną więc kwalifikacje online rozgrywane na wszystkich platformach w grze F1 2018 – najszybsi trafią do specjalnej puli Pro Draftu. Podczas specjalnego eventu 17 lipca zespoły bedą wybierały swoich reprezentantów właśnie z owego grona najlepszych. Co najmniej jeden z kierowców w ekipie musi „pochodzić” z Pro Draftu. Zamiast trzech live eventów, w tym sezonie mają być cztery i rozegrane zostaną od września do grudnia. Pula nagród niemal się potroiła – z ubiegłorocznych 200,000$ do soczystych 500,000$ w 2019. DHL po raz kolejny nagrodzi najszybszych kierowców i, zgodnie z tegorocznymi zmianami w regulaminie F1, najszybsze kółko także przyniesie bonusowy punkt do klasyfikacji generalnej. 

Czy wszyscy są zadowoleni z rozwoju ligi? Nie do końca. W sezonie 2018 jedynym zespołem, który nie brał udziału w rozgrywkach, było Ferrari. Ówczesny szef ekipy z Maranello, Maurizio Arrivabene, stwierdził, że eSports Series jest bezpośrednim konkurentem F1 i stajnia nie chce brać w tym udziału. Siwobrody Włoch nie miał oczywiście na myśli tego, że rozgrywki wyprą F1 bądź w jakikolwiek sposób osłabią jego pozycję. Stwierdził po prostu, że Formuła jako sport w pewnym sensie traci potencjalnego odbiorcę, który skupi swoją uwagę na grze od Codemasters, a nie na właściwych wyścigach. Biorąc pod uwagę fakt jak bardzo najmłodsi potrafią zaangażować się w esport, trzeba przyznać, że Arrivabene ma trochę racji. Jest jednak jedno dość duże „ale”: w praktyce eSports Series przyciągnie w zdecydowanej większości nowych odbiorców, a nie dotychczasowych fanów F1, a nawet jeśli także weterani będą oglądać wirtualne zmagania, to i tak na pewno nie porzucą przez to „oryginalnej” serii. Co za tym idzie, esport może być świetnym medium do pozyskiwania nowych oglądających dla F1, odmłodzenia widowni i zapewnienia sobie fanbase'u na lata. W Ferrari doszło do zmiany kierownictwa i w tym momencie jeszcze nie wiemy, czy Włosi będą chcieli się włączyć w tym sezonie do rywalizacji. Gdyby tak się stało, bez wątpienia byłby to ogromny sukces organizatorów. 

Co ciekawe, w ubiegłym sezonie, podobnie jak w rzeczywistej F1, najlepszy był team Mercedes. Williams, kojarzony z Robertem Kubicą, zajął trzecie od końca miejsce.

Wiele osób kibicujących F1 wyśmiewa eSports Series twierdząc, że to jedynie imitacja prawdziwego sportu, a gracze nie są i nigdy nie będą w stanie rywalizować z kierowcami F1 czy FE. Pomijając fakt, że zdecydowana większość zawodowców trenuje na symulatorach komputerowych (w tym iRacing czy rFactor), warto przypomnieć styczniowe Race of Champions, podczas którego 12. zawodnik ubiegłego sezonu ligi Enzo Bonito pokonał w torowym starciu Lucasa di Grassiego, dawnego kierowcę F1 i obecnego reprezentanta Audi Sport w Formule E. Dzień później zaś okazał się szybszy od Ryana Huntera-Reaya, zwycięzcy Indy 500 z 2014 roku. Ciężko o lepszy przykład tego, jak mocno związane są ze sobą profesjonalne serie wyścigowe i symulatory (choć, co trzeba uściślić, gry F1 od Codemasters symulatorami pełną gębą nie są).

Lata rozwoju technologicznego doprowadziły nas do miejsca, w którym sport łączy się z esportem. Takowe połączenie będzie się zacieśniać, aż wreszcie kto wie – może zrówna oba odłamy rozrywki? F1 eSports Series w pewnym sensie wymusiło na całej stawce większą obecność w internetowym życiu i dało im szansę na większą interakcję z fanami oraz osobami, które jeszcze nie zdecydowały, co chcą oglądać. Nadchodzący sezon będzie bardzo dobrą okazją do zapoznania się z wirtualnym ściganiem. Byłoby świetnie, gdyby ktoś został na dłużej.

Źródło: Esportmania

Zobacz komentarze