Amerykańska scena CS-a umiera. Lola dawno umarła. Gdzie leży problem?

Ostatnimi czasy kibice esportowi za oceanem nie mają zbyt wielu powodów do świętowania. Ich drużyny League of Legends jak zwykle nie popisały się na Worldsach, a scena CS:GO jest tak nudna, że sami gracze już obwieścili jej śmierć. Czym teraz będą emocjonować się fani esportu w Ameryce?

"CS dead game"

Od wielu lat to sformułowanie przekornie przewija się w ustach zawodników i sympatyków innych gier, ale CS trzyma się na esportowym topie cały czas. Ciężko powiedzieć, że notuje coraz lepsze liczby, ale z pewnego poziomu nie schodzi. Niemniej z poziomu schodzą drużyny zza oceanu, bo nawet ich zawodnicy przyznają, że w regionie scena CS-a umiera.

Pewnie zapytacie czyja to wina? Pytanie jest złożone, bo tę trumnę gwoździami zbijało kilku tokarzy. Podstawowym problemem był podział turniejów onlinowych na regiony europejski i amerykański. To zamknęło drużyny we własnych sosach i garach, przez co Europa systematycznie progresuje, a Ameryka no cóż...

Kolejnym problem amerykańskiej sceny jest brak motywacji dla najlepszych. Nie ma młodych, głodnych gry zespołów, które nawiązałyby walkę z czołówką. Liquid, EG, Furia. Liquid, EG, Furia. Liquid, EG, Furia. I tak wkoło Macieju. Każdy turniej za oceanem wygrywa ktoś z tej trójki. A te zespoły, które ewentualnie mógłby im dorównać jak np. 100Thieves, zostają rozwiązane. Zresztą wycofywanie się największych organizacji ze świata CS:GO, to kolejny gwóźdź do tej trumny. Nic więc dziwnego, że np. Cloud9 czy ENVY budując odświeżone rostery, zdecydowały się na przejście na europejską scenę.

Problemy z każdej strony

O problemach amerykańskich rozgrywek można napisać książkę. I to nie jedną. Niemal co roku drużyny z tego regionu zawodzą na międzynarodowych turniejach. LCS wciąż utrzymuje status jednej z czterech najważniejszych lig na świecie, ale coraz trudniej znaleźć ku temu racjonalne powody. Zwłaszcza, gdy zwycięzcy letniego splitu kończą fazę grupową mistrzostw świata z wynikiem 0:6, będąc rozstawieni w losowaniu z pierwszego koszyka.

Milionowe inwestycje organizacji na nic się zdają. Okazuje się, że średnia pensja w lidze na poziomie 400 tysięcy dolarów rocznie nie przekłada się w żaden sposób na wyniki. Fani i eksperci już lata temu zdiagnozowali większość problemów. Wysoki ping w solo Q, małą populację serwera, możliwość streamowania na pełen etat jest realną alternatywą dla grania w LCS, styl życia w Los Angeles rozleniwia graczy, brak infrastruktury do szkolenia młodych zawodników i lista ciągnie się jeszcze bardzo długo.

Rozwiązania tych problemów nie widać. Drużyny finansowane są przez gigantyczne grupy kapitałowe, które nastawiają się na straty w najbliższym czasie i skupiają się dużo mocniej na budowaniu marki (sami możecie ocenić jak im to idzie) zamiast budowaniu infrastruktury i myśleniu o przyszłości. Dopóki w procesie rekrutacji zawodników ważniejsza będzie liczba obserwujących na instagramie od umiejętności na serwerze, tak długo LCS nie będzie się rozwijał. Niestety perspektyw na zmianę myślenia nie ma.

Nowa nadzieja

Ameryka świat zdobywać chce teraz głównie w Valorancie. Coraz więcej byłych gwiazd świata Overwatch, Call of Duty czy CS:GO decyduje się na przejście na scenę nowej strzelanki Riot Games. Czy to źle? Nie. Oczywiście, że np. dla graczy byłego iBUYPOWER to naturalny ruch. Zrozumiała tez jest decyzja byłego kapitana Team Liquid Nicka "nitr0" Cannelli, którego długofalowym projektem przekonali włodarze 100Thieves. Problemem amerykańskiej sceny nie leży w kaprysach graczy, ale w nieodpowiednio zarządzaniu.

Absolutnie przeciętnym zawodnikom płaci się astronomiczne kwoty, które determinują ich decyzje transferowe, w skutek czego zespoły są źle komponowane i nie osiągają zamierzonych celów. Brak świeżej krwi, graczy głodnych sukcesów i napierania na stare, syte koty. Istnieje ryzyko, że podobnie może być ze sceną Valoranta. Spójrzmy ilu nowych zawodników pojawiło się w Europie i grają dla czołowych organizacji. W Stanach topowe teamy są złożone z zawodników znanych z innych platform, zbanowanych lub wypalonych. Nie chcemy znać końca tej historii, tym bardziej, że dopiero się rozpoczęła.

Ciężko jednoznacznie zdefiniować, czy amerykańska scena esportowa znajduje się w najtrudniejszym momencie w historii, ale na pewno ma wielkie problemy. Przecież nawet Overwatch League, który miał być wielkim mainstreamowym projektem, zaliczył kolejny słaby sezon. Pandemia, nietrafione decyzje Blizzarda, odpływ gwiazd i wielu solidnych graczy, a przez to spadek zainteresowania ligą. Ameryka obrywa z każdej strony, a słońca nad doliną nie widać.

Tematy

Overwatch League

CS:GO

league of legends

Zobacz komentarze

Zobacz także

Lista artykułów

Rozwiń więcej