Janusz Kubski: W szponach rankingów (Felieton)

Janusz Kubski

Jesteśmy w trakcie rozgrywek ligi ESL Pro, obecnie chyba najważniejszej ligi w CS:GO, która w zasadzie przestała od tego sezonu być ligą, a stała się kolejnym turniejem. Z ligowej rzeczywistości pozostały jej jeszcze spadki do i awanse z ligi niższej, czyli ESEA MDL.

Liga wystartowała w roku 2015 i swym zasięgiem ogarnia obecnie niemal cały świat. Na finały awansuje osiem drużyn europejskich, sześć amerykańskich i dwie z rejonu Azji i Oceanii. Jej zaplecze zaś stanowi wspomniana liga ESEA MDL, kiedyś wyłącznie amerykańska, która po wchłonięciu przez ESL stała się w zasadzie drugą ligą.

Przez ten czas mieliśmy w rozgrywkach tylko trzy drużyny, pięć razy wystąpiło Virtus.pro, dwukrotnie AGO i po raz drugi Team Kinguin, obecnie występujący pod nazwą devils.one.

Tylko pierwszą edycję ligi możemy uznać za udaną. Virtus.pro w regularnym sezonie zajęło drugie miejsce, a w finałach miejsce trzecie. Potem było już coraz gorzej. W sezonie czwartym rozszerzono ligę z 12 do 14 zespołów i to w pewnym sensie uratowało VP przed spadkiem, choć oczywiście byli i tacy, którzy twierdzili, że rozszerzenie było de facto ciągnięciem za uszy polskiej drużyny występującej w rosyjskiej organizacji.

Popatrzmy jednak na jej uczestników, a przede wszystkim zaś na zespoły niżej notowane - tu z pewnością musimy wymienić, bez krygowania się, devils.one też jest niżej notowane - obecnie pozycja 33. w rankingu światowym, ex-space soldiers - miejsce 113., windigo z 13. pozycją, 42. ex-3DMAX, czy choćby HellRaisers na pozycji 76.

A teraz spójrzmy na ranking HLTV.org - światową, a przede wszystkim europejską szesnastkę, bo przecież mówimy o eliminacjach Starego Kontynentu. A dlaczego szesnastkę? Bo 16 zespołów startuje w ligowych eliminacjach.

Nie ma w lidze AVANGAR #16, nie ma Valiance #15, nie ma Vitality #10, nie ma ENCE #4. Wymieniać moglibyśmy dłużej. Drużyny wyżej notowane od devils.one , Sprout, forZe, Spirit; co dopiero mówić o NiP #8, które przegrało z polskim zespołem i odpadło już z rozgrywek.

Czy zatem warto przejmować się rankingami, pomijając, że w zależności od przyjętej zasady punktacji, rankingi mogą wyglądać zupełnie inaczej? A może, przewrotnie, nie warto wcale przejmować się ligą?

Z kolejnej jeszcze strony, mecze decydujące o awansach były kilka miesięcy temu. Nieobecni nie trafili z formą? Niewiele drużyn jest w stanie obecnie utrzymać formę przez dłuższy czas, tak jak obecnie Astralis. Na tym polega profesjonalizm tych zespołów. W sporcie jest okres przygotowawczy, gdzie formę się buduje, przygotowuje, a potem, już podczas startów, tylko ją utrzymuje. Czy esport jest inny? Nie wydaje mi się, a może tylko jeszcze do tego nie dorośliśmy.

"Bez względu na to, jak bardzo wymyślnym wzorem nie byłby liczony ranking drużynowy, zawsze nie będzie on idealny. I słusznie – dla każdego profesjonalnego gracza w pierwszej kolejności będą się liczyły trofea" – pisał Sergiusz Lelakowski na łamach izaktv.pl

Popatrzmy na przykładowy ranking z 10 grudnia ubiegłego roku – ostatni Duncana Thorina Shieldsa i porównajmy go z rankingiem HLTV.org z tego okresu.

HLTV Thorin's Ranking
Astralis Astralis
Team Liquid Team Liquid
Natus Vincere Natus Vincere
FaZe Clan MIBR
MIBR FaZe Clan
mousesports mousesports
NRG Esports Ninjas in Pyjamas
Ninjas in Pyjamas NRG Esports
North BIG
ENCE North

Wróćmy jednak do samego rankingu, mamy oczywiście drużynowy, wszak CS:GO to gra zespołowa, ale i indywidualny, oparty na ratingu poszczególnych graczy. Przez długi okres królował w nim Xantares, co dziwiło wszystkich i wzbudzało podejrzenia co do uczciwości gry Turka. Były gracz Space Soldiers jednak udowodnił swoją wartość na turniejach lanowych i w końcu trafił do zespołu BiG.

A jak to wygląda w przypadku najlepszej drużyny świata Astralis? Jej gracze wcale tak jasno nie błyszczą, jak ci najlepsi, choć indywidualne statystyki Duńczyków wciąż są bardzo dobre, dopiero ich suma daje nam końcowy efekt. W całości ich zespół to taki esportowy "Moneyball", wypadkowa, która składa się na najlepszą ekipę świata.

Presji rankingu i statystyk ulegamy coraz bardziej, my kibice, my sponsorzy, i my gracze przede wszystkim. Każdy chce zabłysnąć, każdy chce być bohaterem rundy. Gdy słyszę naszych komentatorów, wypowiadających te słowa, wszystko się we mnie burzy. Pogoń za fragami i statami na hltv.org bierze górę nad wyższym dobrem drużyny.

A choć coś w samych statystykach jest, bo przecież statystyka to jednak nauka, z której można wyciągnąć wiele cennych danych, potrzebnych choćby w analizie błędów, ale esport, jak i sport, jest równie często nieobliczalny. I za to go kochamy, za niepowtarzalne i niespodziewane akcje. Rekordy takie, jak skok w dal Boba Beamona, przez wiele lat pozostają niepobite, jak choćby rekord NiP z 87 wygranymi mapami, jak ręka Boga Maradony, czy jak to, że Neo ugrał z 1hp przeciwko NiP.

A przecież Astralis też potrafi przegrywać, jak na BLAST Pro Series Miami, może nie tak boleśnie, jak MIBR z serią siedmiu przegranych w Sao Paulo, w domu, czy Virtus.pro z serią dziesięciu przegranych w jednym z sezonów ESL pro, dlatego nie patrzmy na rankingi. To bardziej domena sponsorów, marketingu, albo nawet działów sprzedaży. Tam słupki i wykresy mają większe znaczenie. Nie ma miejsca na emocje, monetyzacja to słowo klucz. A ja znów powtórzę na zakończenie - dla każdego sportowca najbardziej liczy się miejsce na pudle, bo nic tak nie smakuje, jak zwycięstwo.

Zobacz komentarze