Janusz Kubski: Być może tragedia Virtus.pro miałaby mniej aktów, gdyby nie te zaproszenia? [FELIETON]

Janusz Kubski

Drugi półfinał IEM Sydney właśnie jest rozgrywany, pierwszy zakończył się wcześniej. Spotkały się w nim dwie amerykańskie drużyny, Liquid oraz MiBR, wygrała ta pierwsza. W drugim spotkało się, również amerykańskie, NRG oraz formacja fnatic, która do półfinału trafiła po emocjonującym i wyrównanym spotkaniu z NiP. Nikt by się nie pogniewał, gdyby tak właśnie wyglądał finał. Tymczasem fnatic jest ostatnią europejską drużyną, najwyżej zaszły NiP i mousesports, kończąc turniej na miejscu, kolejno 5-6 i 7-8.

Zakończony niedawno IEM Sydney zmotywował mnie do napisania kolejnego tekstu. Łącznie na Antypody wybrało się 16 zespołów, z czego sześć było z Europy, 9 pojawiło się dzięki zaproszeniom, 7 z różnych kwalifikacji. Z europejskich trafiło BiG i Heroic. Do ostatniej tury eliminacyjnej, GG.Bet Invitational zaproszone zostały dwie polskie drużyny. Virtus.pro nie wyszło z grupy, devils.one skończyło na miejscu 5-6.

Oczywiście zaproszenia na taki turniej rozdawane były już niemal pół roku temu. Pierwsze dostały australijskie Renegades i międzynarodowe, choć nadal europejskie, FaZe. Z rankingowej listy brakowało nam z pewnością Astralis, Natus Vincere, Ence i Vitality. Mówimy o pierwszej dziesiątce. Ale, jak już pisałem, lista zaproszeń była przygotowywana ponad 6 miesięcy temu, a ranking wyglądał trochę inaczej. BiG i mousesports były wtedy w top 10, ENCE w drugiej dziesiątce. Nadal jednak brak nam Astralis i Navi. Duńczycy ostatnimi czasy jakby omijają niektóre turnieje i wolą grać w tych organizowanych przez RFRSH Entertainment, czyli Blast Pro Series. Podobnie było kiedyś z turniejami Epicenter, organizowanymi przez esforce, niegdyś właścicielem aż trzech topowych drużyn - Navi, Virtus.pro i SK (obecne MiBR). Tam w zasadzie z góry było wiadomo, kto się pojawi.

Może i dobrze dla Astralis, że rozsądniej dysponuje swoimi siłami. Nie da się grać non stop na wysokim poziomie i wygrywać wszystkiego. Duńczycy wygrali BLAST Pro Sao Paulo, ale niecałe dwa tygodnie później dostali, i to srogo, w BLAST Pro Miami. Teraz ponownie się potknęli, w Madrycie ulegli w finale ENCE. Kiedyś Navi podobnie dawkowało sobie starty i jest to bardzo rozsądne podejście.

Mamy obecnie nadmiar turniejów, nawet tych dużych. Niedawno zakończył się kolejny BLAST,a jeszcze w maju czeka nas cs_summit 4 (LA) i tam będą - NRG, ENCE, Liquid, Renegades, Vitality, Ghost, oraz DreamHack Masters Dallas, gdzie zobaczymy aż 10 zaproszonych ekip i łatwiej powiedzieć kogo z czołówki zabraknie, niż wymieniać wszystkich. Nie będzie zatem Astralis, mousesports i Navi.

W lipcu natomiast czeka nas IEM Cologne, gdzie już wiemy, że pojawią się Astralis, BIG, ENCE, FaZe, fnatic, MIBR, Natus Vincere, Ninjas in Pyjamas, Renegades, mousesports.

Tydzień później odpalony zostanie kolejny BLAST, tym razem w Los Angeles i już teraz wiemy, że wystąpi tam FaZe i Team Liquid i tak „dookoła wojtek”.

Kiedyś mieliśmy nawet sytuację, że na turnieju, ważnym co prawda, drużyna (Renegades) otrzymywała punkty w rankingu, nie wygrywając ani jednego meczu, co jest totalnym absurdem. Ranking powinien być tylko jedną ze składowych, ale nie głównym czynnikiem decydującym o ocenie, a dalej, zaproszeniach drużyn.

Inna sprawa, że osobiście ograniczyłbym również liczbę zaproszeń, tak jak to miało na przykład miejsce kiedyś w regionalnych kwalifikacjach WCG, do zwycięzców z poprzedniego roku - nie musieli grać w eliminacjach i mieli od razu wstęp na turniej finałowy, ale to wszystko. No dobra, przesadziłem - dajmy zaproszenia trzem najlepszym z poprzedniej edycji. Zaproszenia tworzą swoisty krąg wzajemnej adoracji, a na turniejach pojawiają się zbyt często te same zespoły i te same twarze.

Liczbą zaproszeń w ten sposób faworyzujemy zbyt wiele drużyn, a tylko nieliczne dostają się dzięki eliminacjom. Przez dłuższy czas właśnie Virtus.pro, mimo słabej formy, pojawiało się w turniejach tylko i wyłącznie dzięki zaproszeniom. Może ich tragedia miałaby mniej aktów, gdyby potraktowano ich „mniej wyjątkowo”.

A jak pokazują kwalifikacje, choćby te, do DreamHack Summer, gdzie startowały polskie drużyny, dostać można z każdym i to tzw. niezły oklep. Co zresztą ma również miejsce wśród wyżej notowanych zespołów. Taka czołówka ESL Pro w każdej chwili może przegrać z kimś z drugiej ligi ESEA MDL, gdzie nadal egzystują, raz lepiej raz gorzej, Sprout, ENCE, czy Vitality. Łącznie to jest plus minus 40 drużyn. Oczywiście jest może bardziej stała dziesiątka, która nie tylko formą, ale i zapleczem odstaje od reszty, a jej klasę poznajemy po - niewielkiej liczbie wpadek. I to się nazywa stabilnością.

Kolejna rzecz - rozstawianie. Jestem przeciwnikiem rozstawiania zespołów na turniejach, choć ostatnio dzieje się to rzadziej, albo nie jest tak eksponowane. Osobiście wolę zdać się na ślepy los, który lubi płatać figle i to dodaje turniejom smaczku. Daje też szansę mniej znanym zespołom, gdy w grupie śmierci spotkają się faworyci. A jeśli jest się naprawdę dobrym, powinno wygrywać się z każdym.

Co więcej fakt, że gracze sami z takiej sytuacji są zadowoleni, nie muszą walczyć w eliminacjach, nie muszą się męczyć, zarywać weekendów, czy nocek, ale czy to jest uczciwe wobec innych drużyn?

Inna kwestia to ułatwienia dla organizatora. Przygotowanie tylu turniejów eliminacyjnych wiązałaby się z innymi kosztami, innym nakładem czasu, a także zmniejszonym udziałem bardziej znanych zespołów. Po pierwsze nie miałyby czasu wziąć udziału w tylu turniejach eliminacyjnych, fizycznie. Po drugie, po drodze częściej zaliczałyby wpadki i spadały w rankingach, (zgodnie z prawami statystyki, że o Prawie Murphy’ego nie wspomnę) oraz po trzecie - ranga turniejów byłaby mniejsza, show byłby mniejszy, a viewership rozjechałby się na drobne.

Taki esportowy kołowrotek. Ranking oczywiście jest ważny, choć przeceniany, albo, jak już poprzednio próbowałem dowieść, jego ranga jest wyolbrzymiana.

Zobacz komentarze