"Ta sytuacja uderza w graczy ex-Virtus.pro". Co z wolnymi agentami w dobie pandemii?

snatchie Foto: Maciej Kołek / Virtus.pro

Wtorkowa Misja Esport przyniosła wiele ciekawych opinii ekspertów na temat branży w okresie pandemii koronawirusa. Jedną z nich były słowa Kuby "Kubika" Kubiaka, który powiedział o trudnej sytuacji wolnych agentów na rynku CS:GO.

- W jakiś sposób ta nieciekawa sytuacja uderza też w zawodników ex-Virtus.pro. Są to jednak gracze, którzy liczyli, że bardzo szybko znajdą drużynę, jakąś fajną organizację. Aktualnie mamy 10-15 graczy bez ekipy, którzy już mieli okazję grać na tym światowym poziomie. Oni mogą sobie złożyć tę ekipę, ale która organizacja ich przyjmie skoro mają być cięte budżety. Także wydaje mi się, że mocno poszkodowani są gracze, którzy w żadnej organizacji nie są - powiedział popularny komentator i koordynator projektu ARRMY.

Trudno się nie zgodzić z jego słowami. Jednakże wpływ kryzysu związanego z pandemią koronawirusa będziemy mogli ocenić dopiero za jakiś czas. Osobiście jestem tego zdania, że możliwe są trzy scenariusze: pozytywny, negatywny i mieszany. Najbardziej realny jest jednak ten ostatni.

Tomasz "phr" Wójcik właśnie stał się wolnym agentem. Foto: Marceli "Guti" Kaźmierczak / GG League

W tym najbardziej optymistycznym scenariuszu firmy jeszcze chętniej inwestują w esport, bo wiedzą, że w czasach, gdy sport stanął, to właśnie esport jest jedyną formą rywalizacji i wyzwalaczem emocji. Organizacje utrzymują aktualnych sponsorów, zachowując tym samym ciągłość finansowania. Wszystko nadal dobrze się kręci, co pozwala wolnym agentom na znalezienie pracodawcy, a organizacjom na zatrudnienie kolejnych zawodników.

W wariancie negatywnym firmy wycofują się ze sponsorowania organizacji esportowych, a zawodnicy tracą pracę, a w najlepszym wypadku obniża im się pensje. Rynek wolnych agentów się poszerza, a zawodnicy, żeby mieć namiastkę drużynowej gry tworzą tymczasowe sklejki. Organizacje nie mogą znaleźć nowych sponsorów, którzy pozwolą na dalszy rozwój. Rozwój esportu w Polsce zostaje zahamowany.

I w końcu ta trzecia opcja. To właśnie o niej w rozmowie z nami mówił Adrian Kostrzębski. - Na pewno będzie czas kiedy esport będzie dużym beneficjentem rynku reklamowego, aczkolwiek mając doświadczenia z kryzysu 2008 roku, kiedy firmy dostrzegą pewne problemy gospodarcze, kurek z pieniędzmi na reklamę zostanie delikatnie przykręcony. Teraz kwestia tego czy firmy w branży esportowej, które mają odpowiednie umiejętności, dowożą, zabezpieczyły się na taką sytuacje i są sprawne biznesowo ten cięższy okres przetrwają. Mniej doświadczone instytucje esportowe mogą mieć pewien problem. To będzie czas próby, który nam pokaże kto profesjonalnie zajmuje się esportem, a kto tylko dorywczo i chałupniczo próbował coś tutaj robić.

Wolni agenci w tej chwili mają nieciekawą sytuację. Byli zawodnicy Virtus.pro mają bardzo zawężone pole manewru. Do Ameryki nikt normalny teraz nie poleci. Pomijając względy formalne, zanosi się na to, że w kraju rządzonym przez Donalda Trumpa będziemy mieć jeszcze większy kryzys niż we Włoszech, a w Polsce organizacje, które mogą zapewnić im zadowalającą pensję można policzyć na palcach jednej ręki. Pozostaje Europa, która dość ostrożnie przygląda się całej sytuacji. Jednak wygląda na to, że mimo tego, że rozgrywki online nadal się toczą, to branża esportowa również jest w swego rodzaju zawieszeniu. Na zmiany zdecydują się tylko ci, którzy nie odczują kryzysu, a na nieszczęście wszystkich, wygląda na to, że będzie ich mniej niż więcej.

Zobacz komentarze