Kiedy esportowy rynek transferowy ulegnie zepsuciu?

Money

Większość trendów ze sportowego świata prędzej czy później trafia do esportu. Nie tak dawno w piłkarskiej branży kluby piłkarskie zaczęły płacić już w setkach milionów za najróżniejszych piłkarzy. Jak to może wyglądać na przykładzie CS:GO lub LoLa?

Trudno w to uwierzyć, ale kiedyś był takie czasy, że zespoły płaciły równowartość dzisiejszego miliona euro za najlepszych piłkarzy globu. Z biegiem czasu zaczęło to się zmieniać i wielkie wrażenie na kibicach robiła kwota wydana na Zinedine'a Zidane'a czy potem na szerzej nieznanego środkowego obrońcę FC Porto, Pepe, który kosztował 30 milionów euro. Potem nadeszły czasy 90 milionów za Cristiano Ronaldo i 100 milionów za Gartha Bale'a. W esporcie o takich transferach na razie możemy pomarzyć.

Najbardziej specyficzny w tym aspekcie jest rynek CS:GO, który jest dość słabo uregulowany. Nie ma formalnie okresów transferowych, zawodnicy mogą zmieniać zespoły w dowolnym momencie. Jednak ekipy starają tak kompletować skład, żeby ważne zmiany zapadały jakiś okres przed turniejami lub tuż po, żeby móc się przygotować do następnej wielkiej rywalizacji. Nie ma jednak przepływu nie wiadomo jak dużych kwot, jeżeli porównamy ten rynek ze sportem tradycyjnym. Bardziej są to kwoty rzędu tych wydawanych przez Legię Warszawa. I to mówimy tu o topowych graczach.

Co więcej, esportobserver na początku roku donosił, że pośpiech związany z powstaniem nowych lig sprawił, że kilku graczy podpisało kontrakty z nowymi zespołami tylko na podstawie listów intencyjnych, więc wszystko nie odbyło się na tak profesjonalnym poziomie jakim powinno być.

Pytanie jednak jest jedno. Czy doczekamy się czasów, w których Chińczycy i bogaci szejkowie przyjadą do Europy i wyłożą na stół kilka milionów więcej niż konkurencja, aby zbudować prawdziwy dream team? Wydają duże pieniądze na piłkę nożną, a w esporcie budżety są jednak dużo mniejsze. Odpowiedź w tym przypadku jest jednak prosta. Jestem prawie pewien, że nadejdzie taki moment, w którym bogacze z Bliskiego i Dalekiego Wschodu zorientują się, że w esporcie jest potencjał i wykorzystają fakt, że środowisko transferowe w sporcie elektronicznym nadal nie jest odpowiednio uregulowane. O ile w przypadku franczyz LoLa nie będzie to wcale takie łatwe, to w przypadku tak otwartej gry jak CS:GO będą mogli spokojnie wejść na salony i mocno zamieszać dosłownie w kilka dni. To nie jest kwestia "czy?" tylko "kiedy?".

Źródło: Materiały własne

Zobacz komentarze