Drużyny narodowe przestaną istnieć? Czy nadal opłaca się stawiać na rodaków?

Virtus.pro
Virtus.pro Foto: ESL

W głębi serca mamy potrzebę kibicowania naszemu narodowi. Dopingujemy zespoły piłki nożnej, ręcznej czy siatkówki, ale równie mocno wierzymy w graczy komputerowych. Czy znaczy to jednak, że skład z tego samego kraju jest skuteczniejszy od zespołu międzynarodowego? Na czym polega trend sklejania zawodników z różnych państw w całość i czy takie podejście faktycznie jest lepsze od budowy lokalnej formacji?

Kulturową mieszankę widzimy w praktycznie każdej grze. Tendencja ta jest od kilku lat najsilniejsza w gatunku MOBA, choć jej przebłyski widać także w FPS. Wynika to z tego, że strzelanki cechują się ogromną dynamiką. Gdy jeden gracz dostrzeże przeciwnika, od razu powinien podać jego pozycję. Komunikacja musi odbywać się tu i teraz, a sekunda zwłoki z informacją przyczynia się do porażki. Takie opóźnienie jest często wynikiem niedostatecznej znajomości języka obcego, którym posługuje się drużyna.

W produkcjach FPS rundy trwają maksymalnie kilka minut, co również zwiększa znaczenie komunikacji. W zespołach dochodzi do szalonych rozwiązań, szczególnie jeśli większość graczy zna przykładowo perfekcyjnie francuski, a u jednego z nich on kuleje. Mateusz "mantuu" Wilczewski, gracz CS:GO, powiedział nam w wywiadzie, że jego drużyna na ogół porozumiewa się w języku angielskim, ale jeśli Polak zginie w trakcie rundy, to pozostali gracze przełączają się na niemiecki. Dostrzegł on, że taki system przeszkadza w opracowaniu sensownych taktyk czy wyciąganiu na bieżąco wniosków z popełnianych błędów. Tym samym zmniejsza on szansę jego drużyny ALTERNATE aTTax na zwycięstwo. Rozmowę w całości możecie zobaczyć tutaj.

s1mple Foto: Starladder

W League of Legends czy DotA 2 wygląda to nieco inaczej. Tam położenie wroga jest nam znane przez większość czasu, zależnie od etapu, w którym znajduje się rozgrywka. Zawodnik ma chwilę na to, aby zastanowić się, w jaki sposób przekazać tę informację koledze. Nie ma tam też podziału na rundy, co w pewien sposób stabilizuje rozgrywkę pod względem komunikacji. Na pewno jest to na rękę graczom, którzy nie muszą poświęcać dodatkowych godzin na naukę. Niedawno trener zespołu CS:GO niemieckiej organizacji BIG poinformował, że zastanawia się nad zafundowaniem swojemu tureckiemu podopiecznemu lekcji języka naszych zachodnich sąsiadów. To bardzo odważna decyzja, bo takie douczanie trwałoby przynajmniej kilka miesięcy.

Przed międzynarodowymi kompozycjami stoi kilka innych wyzwań. Niełatwo jest dobrać charaktery z odmiennych kultur, między którymi nie będzie zgrzytów. Zdarza się, że reprezentanci różnych państw pałają do siebie nienawiścią ze względu na to, skąd pochodzą. Ciężko byłoby skłonić do wspólnej gry Izraelczyka i Palestyńczyka. Ważnym aspektem jest też humor, który różni się zależnie od kultury. Wątpię, że Chińczyk zrozumiałby żart Polaka o blondynkach, bo przebywające w Państwie Środka złotowłose kobiety pochodzą w znacznej większości spoza Azji. Nie trzeba chyba wspominać o potrzebie wzajemnego szacunku wśród zawodników. Jej istotę fantastycznie pokazuje wideo stworzone przez Astralis, najlepszy na świecie zespół CS:GO. Zostało one wypuszczone kilka dni po triumfie na IEM Katowice 2019.

Warto też zwrócić uwagę na to, że to język jest ważniejszy od kultury, mimo że obie te kwestie często idą ze sobą w parze. Zauważyłem, że Team Secret skupia swoje esportowe ekipy wokół języka angielskiego, kiedy zespoły rosyjskie czy azjatyckie często stawiają na zawodników znających lokalny język. Gracze z Hongkongu czy Singapuru dołączają często do chińskich drużyn, ponieważ potrafią porozumiewać się po mandaryńsku.

Poza obszerną komunikacją i wszystkim, co z nią związane, ważny jest też aspekt medialny. Marketingowcy mniej muszą się męczyć z promocją lokalnej drużyny wśród zagorzałych kibiców z tego samego kraju. Co prawda reprezentanci wielonarodowej formacji umożliwiają jej zarządowi szersze pole do działania, ale tak poważne rozszczepienie się po całym świecie nie jest moim zdaniem opłacalne. W takim przypadku lepiej kreować wizerunek całego zespołu niż poszczególnych jednostek.

Jednak trend międzynarodowej mieszkanki skądś się wziął i organizacje posiadające milionowe budżety dostrzegają potencjał w ekipach tego rodzaju. Ich największym plusem jest możliwość doboru graczy pod kątem indywidualnych umiejętności, uwzględniając, że znają oni dany język. W ten sposób można skleić kompozycję, która sprawdza się w boju. Aspekt kulturowy paradoksalnie umożliwia graczom wyjątkowe spojrzenie na swoją rozgrywkę czy treningi, zależne od zasad wyniesionych ze swojej ojczyzny. Lepiej postawić na azjatycką pracowitość czy amerykańską wolność?

FaZe Foto: ESL

Również sam zawodnik perfekcyjnie porozumiewający się w języku obcym ma przewagę i w pewnym sensie żongluje ofertami. Dzięki temu ma szansę grać dla organizacji z kraju, który płaci w silniejszej walucie lub daje lepsze perspektywy rozwoju esportowego. Osiemnastoletni Michał "Nisha" Jankowski jest dobrym przykładem, ponieważ w DotA 2 gra on w jednym z najlepszych zespołów na świecie. O historii Michała możecie dowiedzieć się więcej tutaj.

Skoro znamy już plusy i minusy, zobaczmy, jak taka mieszanka sprawdza się w konkretnych produkcjach. W rankingu HLTV w topowej trzydziestce znajdują się trzy ekipy, które możemy nazwać typowo międzynarodowymi na scenie CS:GO. Mowa oczywiście o FaZe, Epsilon i HellRaisers. Warto zwrócić uwagę na poszczególnych zawodników, którzy grają na obcym terenie. Wspomniałem już o mantuu, ale mamy też innych Polaków rywalizujących za granicą. Epizod Pawła "innocenta" Mocka w PENTA świadczy o tym, że można zintegrować się z zespołem będącym zbieraniną graczy z różnych narodów. Jego zdaniem na początku współpracy z dwoma Finami, Estończykiem i Niemcem komunikacja była zaskakująco dobra. Podobała mu się ona ze względu na przekazywanie samych konkretów zamiast niepotrzebnych informacji.

Tak jak podkreślałem, trend jest silny w gatunku MOBA. W przeciwieństwie do CS:GO, w europejskich rozgrywkach produkcji Riot Games praktycznie każda ekipa jest zbieraniną profesjonalistów z różnych krajów. Marcin "Jankos" Jankowski świetnie odnajduje się w tym systemie jako członek G2. Inaczej wygląda to w LCS, gdzie występują głównie gracze z Ameryki Północnej i Azji. Także w DotA 2 znajdziemy wiele obiecujących międzynarodowych składów jak Team Secret, Team Liquid czy OG. W nie tak silnie zakorzenionym gatunku Battle Royale tendencja jest mieszana. Swoją drogą nawet streamerom zdarza się grać w mieszanych drużynach, czego przykładem jest Mateusz "PAGO" Pągowski, który rywalizował w ApexLegends wraz z dwoma Węgrami. Z czego biorą się te rozbieżności?

Jankos Foto: LoL Esports

Myślę, że kluczowym powodem jest podejście organizacji i jej strategia działania. Uwzględniając aspekty komunikacyjne i marketingowe, o których wspomniałem wyżej, można pochylić się nad próbą zrozumienia wzrostu popularności międzynarodowych drużyn. Virtus.pro czy Renegades stawiają na drużyny ze swoich regionów. Łatwiej jest zsynchronizować wschodni zespół z wizją rosyjskiej organizacji, szczególnie pod kątem promocji. Przykładem idealnym jest występ Jarosława "pashyBicepsa" Jarząbkowskiego w reklamie gigantycznego sklepu w Rosji. Zarząd ma też łatwiej dogadać się z zawodnikami w kwestii kontraktów czy ich roli w całej marce. Są też oczywiście organizacje z ambicjami światowymi jak FaZe czy Fnatic, którym niestraszne wyzwania stojące przed kulturową mieszanką.

Ciężko jest określić kierunek, w którym podąży świat esportu w kwestii budowy zespołów. Moim zdaniem organizacje nadal będą celować w międzynarodowe ekipy i powoli będzie to standard, choć przykładowo MIBR zdarzyło się w przeszłości wycofać z mieszanego składu na rzecz poprawy komunikacji. Wtedy ponownie postawili na w pełni brazylijską formację. Waszym zdaniem ten trend się utrzyma, czy może za przykładem MIBR wrócimy do punktu wyjścia, gdzie to właśnie narodowe drużyny są jedynym słusznym wyborem?

Źródło: Materiały własne

Zobacz komentarze