Pasha: Z samego szacunku do nazwy Virtus.pro jego gracze powinni rozjeżdżać polskie podwórko

Jarosława "pasha" Jarząbkowskiego zna każdy fan esportu na świecie. Były zawodnik Virtus.pro w rozmowie z nami powiedział o planach związanych z Pasha Gaming School, przyszłości polskiego składu Virtus.pro oraz o tym co sądzi na temat tudsoNa, który dołączył ostatnio do Team Secret.

Patryk Stec: Wiemy, że w roli zawodnika czułeś się zawsze doskonale, ale jak się czujesz jako streamer?

Jarosław „pasha” Jarząbkowski: Kiedyś miałem okazję streamować. Bardzo długo byłem w to wkręcony. Teraz, jak już nie gram, podchodzę do tego bardziej na luzie. Mogę trochę pograć ludźmi, podszlifować angielski, trochę się pośmiać. Po prostu umilić sobie czas. Wieczorami jak już dzieci pójdą spać, jak żona śpi, to wtedy można posiedzieć przed komputerem - to jest coś pięknego.

Miałeś okazję w ostatnim czasie również dwukrotnie komentować z Izakiem. Wiążesz z tym przyszłość? Jak Ci się komentowało?

Było bardzo fajnie! Izak ma super głos komentatora, który podgrzewa atmosferę, a ja zdecydowanie lubię się wtrącić, powiedzieć co zaraz się wydarzy, co lepiej powinni zrobić zawodnicy, aby wygrać rundę. Otwarcie mówię, kto zepsuł, kto jest winny, bo w CS-ie możemy to stwierdzić. Zawsze mówiłem, że kogoś nie zabiłem i powtarzałem: „nie doszukujmy się zmiany taktyce, bo jest dobra. Po prostu to był mój błąd skillowy. Jakbym tam gościa zabił, to ta runda byłaby wygrana”. Bardzo fajnie mi się komentuje. Każdą akcję przerobiłem osobiście, mogłem uczestniczyć w tym wszystkim na wysokim poziomie. Wiem, co czuje zawodnik, kiedy się ustawi, co zrobi, potrafię przewidywać i odpowiada mi taka rola, więc kiedyś, jak dostanę propozycję, żeby raz na jakiś czas pojawiać się na streamie i komentować, to mogę w to wchodzić. Tylko muszę mieć obok jakiegoś gościa, który swoim fajnym głosikiem rozgrzeje publiczność tak jak Izak.

pashaBiceps Foto: Virtus.pro

Nie brakuje Ci trochę adrenaliny, wielkiej sceny, tysięcy kibiców dopingujących na żywo?

Adrenaliny brakuje mi bardzo, ale staram się jej szukać poza esportem. Jeszcze szukam adrenalinki, aby się challengować na FPL-u, czasem wpadam na PGS, żeby pograć z młodymi. Nie za wiele, ale mam zamiar grać trochę więcej i znaleźć parę perełek. Mam nadzieję, że jestem na dobrej drodze.

Trochę tej adrenaliny mogłeś też poczuć w Katowicach w trakcie IEM-u.

Wiesz co? To była adrenalina, to było wszystko. Szczęście, uśmiechy, smutek, żal, miałem bardzo szkliste oczy, prawie się popłakałem. Niesamowita chwila.

Marzy Ci się jeszcze powrót tam w roli zawodnika?

Może być niesamowicie ciężko. Jakby menedżer turnieju w Katowicach powiedział: „Zapraszamy drużynę Pasha Gaming School, Ty w niej grasz i macie zaproszenie prosto na turniej”, to myślę, że nawet bym się nie zastanawiał, tylko brał to i całował tego, kto nas zaprosił. Jednak przejść przez te kwalifikacje z graczami, których Ty masz wyszkolić, to jest proces tak naprawdę niemożliwy. Musiałbym wyprowadzić się z domu na kilka miesięcy, wziąć czterech gości, analityka, trenera i z nimi siedzieć non stop i myśleć tylko o Counter-Strike’u.

Jednak podjąłeś próbę powrotu, biorąc udział w testach w AGO.

W pierwszym tygodniu w AGO, myślę że każdy bardzo mnie pozytywnie odebrał jako gracza, gościa, który podszedł do tego bardzo profesjonalnie. Zapalił się we mnie ogromny płomień, w drugim tygodniu był on jeszcze większy. Żona widziała w moich oczach, że znowu jestem tym Jarkiem, który kilkanaście lat temu siedział zmotywowany przed komputerem i nie myślał o niczym, tylko o grze w CS-a. A później okazało się, że bardzo szybko ten płomień we mnie zgasł i zrobiłem sobie przerwę na kilka tygodni. Spędziłem dwa tygodnie, dając z siebie bardzo dużo. Było mi bardzo trudno wrócić, ale byłem szczęśliwy. Znowu mogłem to poczuć. I tyle, mogę im podziękować, że mnie tam wzięli na dwa tygodnie, a oni mogą mi podziękować, że tam przyjechałem.

Pasha w gnieździe x-kom AGO Foto: Facebook

Niedawno powstał projekt Pasha Gaming School. Z tego, co wiem, nie jesteś tylko jego twarzą i masz tutaj trochę więcej do powiedzenia?

Zawsze chciałem coś takiego założyć. Wyłaniają nam się powoli kolejni gracze, którzy nie są znani na scenie, a gra im naprawdę wychodzi. Wziąć gości typowo nieznanych, no-name, wjechać z grubej rury żeby o nich dowiedziała się esportowa Polska i esportowy świat – to jest moje największe marzenie. Jak ktoś kiedyś zapyta takiego gracza z PGS: „Jak się zaczęła Twoja przygoda? Skąd w ogóle jesteś?”, a on odpowie kiedyś: „Ja jestem z PGS”, to będę niezmiernie dumny i szczęśliwy.

Coś już możesz powiedzieć o polskich graczach po tych pierwszych tygodniach?

Mamy w Polsce bardzo dużo gości, którzy potrafią strzelać. Tak naprawdę nie mają tylko ogrania, wpadają na złe pomysły, nie ma kto nimi się zająć. Właśnie taki jest mój cel – przysiąść i skupić się na tym aspekcie komunikacyjnym. Jak pomagać koledze? W którym momencie co masz zrobić, a nie tylko strzelać? Strzelać to można się nauczyć i pracować nad tym codziennie, a komunikacja jest najważniejsza. Teamwork w Counter-Strike’u trzeba wypracować. Musisz zostać opierdzielony przez gościa, który to ogarnia. Tyle razy zepsułem też akcje i dzięki temu, przez błędy, się czegoś nauczyłem. Oni tego potrzebują, żeby ktoś taki jak ja im powiedział jakie błędy popełniają i żeby ich popełniali jak najmniej. Im mniej błędów popełniasz w tej grze, tym więcej wygrywasz.

Masz już teraz w głowie jakiś plan na rozszerzenie tego projektu? Zakładam, że nie poprzestaniesz tylko na wspólnej grze z młodymi zawodnikami.

Mamy kilka planów, codziennie przychodzą mi do głowy. A w sumie zdradzę jedną zajawkę... Dla naszych najlepszych czterech graczy z PGS, którzy grają najlepiej, którym najbardziej zależy, co widać po statystykach, liczbie meczów, opinii środowiska, administratorów mamy zamiar zrobić taki bootcamp w fajnym miejscu. Wszystko będzie sponsorowane, nie będą musieli się o nic martwić. Później chcemy zorganizować mecz Pasha Gaming School vs. Zeus Cyber School na Ukrainie. Przyjdą ludzie, będzie widownia. Gracze poczują przedsmak tego, co może na nich czekać w przyszłości. Myślę, że to będzie super projekt, o którym będzie naprawdę głośno. Oczywiście Zeus i ja też zagramy w tym meczu!

pashabiceps Foto: Virtus.pro

To nie było trochę tak, że już po grze z młodymi zawodnikami w Youngsters nabrałeś ochoty do utworzenia takiego projektu?

Gdzieś to zawsze z tyłu głowy miałem, tylko nie mogliśmy się do tego zebrać. Youngsters to jednak była zwykła zlepka graczy, graliśmy for fun. Grupka młodych graczy zapytała, czy nie chcemy z nimi zagrać. Zapytałem żonę co tym myśli, ona powiedziała: „Jak chcesz, to śmiało graj, będziesz miał zajawkę” i odpowiedziałem, że czemu nie. Załatwiłem parę wejściówek do turniejów online, każdy był zadowolony, młodzi gracze też, bo grali tylko PPL, a tu od razu mogli zagrać o stawkę i wygrać trochę pieniędzy, bo oczywiście nie mieli żadnych kontraktów. To było zupełnie dla zabawy, ale super jest jak tudsoN, który teraz dołączył do Team Secret, bardzo miło to wspominał, więc poczułem się świetnie, że dzięki mnie i Neo dużo się nauczył przez ten krótki czas. Właśnie szanuję takich ludzi, którzy mają respekt i pamiętają o ludziach, dzięki którym udało im się wejść poziom wyżej. Większości graczy brakuje pokory, docenienia, powiedzenia „dziękuję" komuś z boku, dlatego taki człowiek jak tudsoN będzie miał do końca moje wsparcie.

Właśnie miałem Ciebie o niego zapytać. Na polskiej scenie nie znalazł dla siebie miejsca w organizacji. Jak sądzisz, na ile go stać na międzynarodowej scenie?

To jest gość, który płynnie mówi po angielsku. Z tym nie ma żadnych problemów i to jego koledzy z drużyny powinni się bardziej o to martwić. Trzymam bardzo mocno za niego kciuki, aby pokazał, że to był błąd, że żadna polska organizacja go nie wzięła. Żeby wyskoczył na taki poziom, aby wszystkim tym osobom żal dupę ściskał, że go nie wzięli. To jest w ogóle niesamowite jak to działa, że jesteśmy tak słabo rozwinięci pod względem menedżersko-trenerskim, że nie ma skautów, którzy takie perełki odnajdują. To jest nieoszlifowany brylant. Jak się go oszlifuje, to zacznie grać więcej meczów z topowymi drużynami, pojedzie na jakiś turniej, ogra się i mam nadzieję, że będzie wiele wart.

To pora na kilka pytań o Virtus.pro. Ostatnio poszła w świat informacja o odejściu Romana Dvoryankina z organizacji. Wiele osób uważa, że to właśnie on był głównym entuzjastą polskiego składu. Uważasz, że jego odejście spowoduje, że team CS:GO Virtusów nie będzie już biało-czerwony?

To jest prosta piłka. Virtus.pro ma fanbase w Rosji i obecnie w Polsce. To są ich największe rynki. VP będzie dalej polskie w CS-ie. Jestem o tym święcie przekonany, że chłopaki nigdzie się nie wybierają i nie muszą szukać nowego domu. Zostaną, będą grać, będą próbować. Pokazali, że potrafią grać przeciwko większości topowych teamów, tylko w Polsce prezentują totalny piach. Muszą pracować, ogrom pracy przed nimi. Duża liczba błędów, nieprzygotowanie, a można zauważyć, że naprawdę potrafią grać. To nie może być tak, że dla każdego liczą się tylko fragi. Musi liczyć się drużyna, a jej jeszcze w nich nie widzę.

Niektórzy idą krok dalej i mówią, że brakuje im motywacji w meczach przeciwko Polakom.

Jak może im brakować motywacji w Polsce? To są zawodnicy, którzy jeszcze nic nie osiągnęli poza drugim miejscem na V4. Jednak nie oszukujmy się, nie był to topowy turniej. Tacy gracze jak Snatchie, Vegi, Michu to są zawodnicy, którzy powinni być mocno zmotywowani. Oni powinni się przejeżdżać po polskich drużynach. Jak można powiedzieć, że nie są zmotywowani? Nie wierzę w to. To jest zespół, który ma w nazwie Virtus.pro, legendarną markę. Z samego szacunku do niej powinni rozjeżdżać polskie podwórko. Denerwuje mnie jak ludzie piszą, że Virtus.pro nie zależy na polskim turnieju. My jak graliśmy, to zależało nam na każdym meczu. Nawet gdy graliśmy z gośćmi z końca świata o zgrzewkę wody, to zawsze chcieliśmy wygrać. Wiadomo, nie zawsze było kolorowo, ale nie znoszę słuchać, że VP nie zależy na polskim turnieju. Jestem święcie przekonany, że oni mieli wytyczne z góry, że mają być na finałach ESL Mistrzostw Polski w Katowicach.

Fani często piszą w mediach społecznościowych, że chcieliby jeszcze kiedyś zobaczyć Waszą legendarną piątkę z Virtus.pro. Czy to według Ciebie jest jeszcze w ogóle możliwe?

Powiem teraz jak facet. Nikt nikomu tutaj żony nie klepał, nikt nie spał z żoną kolegi. Wszyscy powinni schować swoje ambicje i humory do kieszeni. Powinniśmy jeszcze raz wszyscy stanąć na scenie, zagrać mecz, przywitać się z kibicami, potem się pożegnać i porozmawiać jak mężczyźni. Byłoby dobrze, a tak to jest dziwnie. Ja nie mam z niczym problemu. Jakby ktoś ubliżał mojemu dziecku, mojej żonie, to rozumiem, wtedy mogę być zły i inaczej to załatwiać. Wyzwiska między grą to nic dziwnego. W drużynie zawsze są awantury, będą i były. Normalna sprawa. Zawsze lubiłem się kłócić, a jak z kimś kłóciłem się poza grą, to w grze mieliśmy jeden wspólny cel: wygrać turniej, zgarnąć dolary i wrócić do domu.

Zobacz komentarze

Zobacz także

Lista artykułów

Rozwiń więcej